Obserwujemy narastające napięcie w Europie związane z tzw. problemem imigrantów, szczególnie pochodzących z Afryki i innych zdestabilizowanych rejonów na przykład na Bliskim Wschodzie.
Mam nieodparte niczym wrażenie, że medialne pompowanie tematów związanych z imigracją to preludium do zamknięcia granic na Starym Kontynencie. Jeśli w ten sposób tylko da się odseparować od coraz cięższego położenia Rosji i jej sąsiadów. Efektem będzie dalszy wzrost napięć międzynarodowych.
Nie zważając na sytuację międzynarodową Polska powinna nadać ton grze. Przyjmijmy imigrantów, ale zbudujmy dla nich odpowiednie ośrodki w których będą mogli oni kontynuować edukację dzieci w językach ojczystych i według ich programu szkolnego, jednocześnie postarajmy się włączyć w proces obsługi w takich ośrodkach, jak największą rzeszę ludzi dorosłych spośród grup imigranckich. Dobry przykład Polsce dała w 1944 r. Nowa Zelandia przyjmując ponad 700 polskich dzieci. Tak małe wtedy Państwo poradziło sobie z tak wielką grupą imigrantów spoza swego własnego kręgu kulturowego (przecież my, to nie Anglosasi). Dlatego warto byśmy ten problem przemyśleli. Uważam, ze Polska jest w stanie przyjąć kilkadziesiąt tysięcy imigrantów, ich pobyt powinien być czasowy i wiązać powinien się z możliwością powrotu do ojczyzny, kiedy tam ustabilizuje się sytuacja. Przyjąłbym też ewentualność pozostania dla niektórych imigrantów, którzy chcieli by się poddać dobrowolnej asymilacji z polską kulturą, tego bym nie wykluczał. Polacy, polskie dzieci, wielokrotnie korzystały z gościnności innych krajów w przeszłości, naszym moralnym zobowiązaniem jest umiejętne zorganizowanie akcji przyjmowania imigrantów.